| ŻYCIE KOŚCIOŁA | VERBUM TRADITIONIS |
|
Odczyt wygłoszony podczas I Dni Społecznych Akcji Katolickiej Diecezji Sandomierskiej. Szczęść Boże! Niedawno, nie wiedząc, że będę zaproszony przez Jego Ekscelencję Księdza Biskupa Edwarda Frankowskiego, miałem okazję poznać urok i zabytki tego polskiego klejnotu jakim jest Ziemia Sandomierska i miasto Sandomierz. W piątą rocznicę ślubu przybyliśmy z małżonką do Sandomierza i zostaliśmy oczarowani tym ojczystym skarbem. Jak to często bywa z klejnotami, jest on trochę nadgryziony zębem czasu. Ale każdy, kto się mu przyjrzy uważnie, odkryje wielkość tego miejsca. Ziemia Sandomierska była w samych początkach istnienia Państwa Polskiego wysuniętą placówką cywilizacji łacińskiej. Stąd rozpościerał się szlak na grody Czerwieńskie, na Litwę i Wschód i na te wszystkie wyzwania, jakie dla Polski były związane ze Wschodem jego kulturą, religią, późniejszym kryzysem cywilizacji i schizmą. Sandomierszczyzna odegrała doniosłą rolę w okresie rozbicia dzielnicowego, będąc dla naszych władców ważnym "kluczem" i stabilną odskocznią dla ich politycznych planów. Monarchowie nasi byli świadomi swojej i Państwa polskiego roli w Europie Środkowo-Wschodniej. Stawiali przed Polską wielkie zadania. I to należy do naszej tradycji, z którą Sandomierz związał swe losy. Przypomnijmy, sobie czym żyła ta ziemia, gdy przez nią prowadziły Świętą Jadwigę drogi na Litwę, przyjmującą chrzest z jej królewskich rąk. Przypomnijmy, że i tędy wiódł szlak wyprawy Świętej królowej Jadwigi na Ruś, którą bez przemocy przyłączyła do Polski. Z wielkim szacunkiem dla tych starych dziejów pragnę podkreślić, że Sandomierz był nie tylko bramą na Wschód. Oto, gdy ważyły się losy Księstwa Warszawskiego, książę Józef Poniatowski - po wyprowadzeniu wojsk z Warszawy, poprzez marsz na Sandomierszczyznę, Kraków i Lwów - przywrócił Księstwu Warszawskiemu ziemie Galicji odebrane nam w austriackim zaborze. I to, że dziś Sandomierz jest jakby na uboczu, jest jakimś wymownym świadectwem tego co się dokonało z naszą wielką tradycją, jak bardzo jest ona nieobecna w dzisiejszym życiu. A przecież te doliny Sandomierszczyzny, te pagórki, wsie, miasteczka i samo miasto Sandomierz uświadamiają nam, że piękno naszej ziemi i nasza wielkość polega właśnie na tradycji i jej wspaniałej rozmaitości Tak rozmaita i bogata jest polska tradycja. Opowiedzenie się za nią jest naszą szansą na przyszłość. "Tradycja - wyzwanie na przyszłość" to oczywiście antyteza do haseł Kwaśniewskiego i jego ludzi. Oni chcą, żebyśmy patrzyli w przyszłość, nie widząc swych korzeni. Nie chcą mówić o przeszłości bo jej nie potrafią sprostać. Brak jest w dzisiejszej dyskusji o Polsce refleksji o tym, jacy byliśmy w Drugiej Rzeczypospolitej, a spuścizna Pierwszej Rzeczypospolitej jest już w ogóle nieobecna. Wielkość przeszłości i wyzwania jakie się z nią wiążą przytłaczają tę dzisiejszą klasę polityczna, która chce rządzić Polską. Niestety bardzo często do tego tchórzostwa wobec przeszłych wieków dołączają ludzie związani nie tylko z lewicą komunistyczną i chłopską, lecz nawet niektórzy przywódcy "Solidarności", nie opierający się jej ponownemu zawłaszczeniu przez Unię Wolności. Ci ludzie również nie potrafią sprostać wyzwaniom poprzednich pokoleń. Patrzmy w przyszłość, patrzmy w tę przyszłą, socjalistyczno-liberalną, zjednoczoną Europę, zapomnijmy o przeszłości. To wszystko, co mają do zaoferowania. Dlaczego? Bo nastąpiło przerwanie ciągłości tradycji. Wrogowie niszczyli nas, ograbiali z pamięci, wypaczali przeszłość, prześladowali nawet myśl o dawnej świetności i robili wszystko, żeby zmienić polskiego ducha. Tak się starali że, Druga Rzeczpospolita z trudem nawiązywała do Pierwszej Rzeczpospolitej, choć odradzając się w Dwudziestoleciu, podjęła świadomie to wyzwanie ciągłości dziejów. A co my mamy wspólnego ze świetnością Pierwszej albo Drugiej Rzeczypospolitej? Czy my w ogóle chcemy mieć coś wspólnego ze swoją przeszłością? Politycy, którzy pozbawieni są świadomości własnej historii przed wojną nie mogliby nawet pracować w ministerstwach jako odźwierni, czy woźni, ponieważ po prostu nie byliby tego godni. Co do tego na pewno zgodzą się ze mną te osoby, które pamiętają dwudziestolecie międzywojenne, a widzę, że na tej sali są takie osoby. Ze czcią wspominają Romana Dmowskiego albo Józefa Piłsudskiego. Jak inna jest ta nasza Trzecia Rzeczypospolita. Jak wielka jest przepaść pomiędzy pokoleniami. Myślę, że warto jest - jak powiedział to Jego Ekscelencja Ksiądz Biskup Frankowski w dzisiejszym kazaniu podczas uroczystej Mszy Świętej - stanąć w prawdzie. Lepiej to zrobić jak ten celnik, a nie jak faryzeusz. Lepiej szczerze powiedzieć sobie, jaka jest rzeczywista kondycja naszego Narodu, naszego Państwa i naszych elit po przeszło 40 latach komunizmu. I nie udawać, że możemy sobie tak to spontanicznie i beztrosko kontynuować. Nie zbudujemy wolnej i niepodległej Rzeczypospolitej, jeśli nie będziemy wiedzieli, jaką ją chcemy mieć i jakich do tego potrzebujemy elit! Jeden z naszych wieszczów napisał kiedyś o pokoleniach, które szły wołając Polska, Polska, a Bóg wyglądając z mojżeszowego krzaka powiedział Polska, ale jaka? Obawiam się, że dziś klasa polityczna, które chcą przewodzić Narodowi, nie zdaje sobie sprawy z tego, jaka. To może okazać się tragiczne w skutkach. Zapowiedzią tego kryzysu, o którym mówię było już w osiemdziesiątym pierwszym roku pewne zdarzenie, znane mi z relacji naocznego świadka. Podczas wielkich, solidarnościowych obchodów rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja, jeden z najbardziej znanych na świecie Polaków, podszedł do mojego kolegi robotnika, pytając: Słuchaj, Tadeusz... (tu padło niecenzuralne słowo) co to była ta Konstytucja 3 Maja? Patrzenie w przyszłość bez świadomości naszego dziedzictwa, jest tragedią. Jest prawdziwą tragedią. To dziedzictwo nie jest nam dane na zasadzie zabawki, którą dziecko może bezkarnie zniszczyć lub odrzucić. Dziedzictwo jest zadane, to krew pokoleń. Tradycja to także jest to, co do nas dotrwało i co się sprawdziło. Dotrwało, bo się sprawdziło. Nie dajmy się tak po prostu sprotestantyzować w naszym stosunku do tradycji polskiej. Nie sądźmy, że to, co wymyślimy jest tak doskonałe, że nie musimy tego konfrontować z doświadczeniem poprzednich pokoleń. Dokładnie tak samo jest z tradycją Kościoła, nazywaną dlatego właśnie "żywą tradycją". Nam katolikom nie wolno przyjmować niczego nowego z pominięciem przekazu Apostołów, wypowiedzi Papieży czy Doktorów Kościoła. To, co pozornie wydaje się takie pociągające, takie wspaniałe, w konfrontacji z przemyśleniami poprzednich pokoleń może okazać się niczym. Czy w polityce obowiązują nas jakieś inne normy i mamy zapomnieć o tej cywilizacji, którą budowali nasi ojcowie, której bronili nasi dziadowie, a w której myśmy wyrośli. Nawet tak młode i nowoczesne państwo jakim są Stany Zjednoczone uporczywie powołuje się na swych "Ojców Założycieli". Czy w patrzeniu w przyszłość polityczną Polski możemy przejść obojętnie wobec ostatniej wizyty Ojca Świętego, podczas której mówił o Świętej Jadwidze i księciu Henryku Pobożnym. To tak jakby Jan Paweł II chciał dobitnie powiedzieć, wobec naszego bezkrytycznego zapatrzenia się w socjal-liberalizm chorej Europy: nie patrzcie na to, co wam chce dać konsumpcyjny świat bez wartości, nie patrzcie na takie, czy inne obietnice na papierze. Patrzcie na to, jak byliście wielcy. Tu w Europie Środkowo Wschodniej Polska ma do spełnienia swoją misję, nie jest krajem , który ma oczekiwać w kolejce do Brukseli. I nam samym i naszym przywódcom łatwiej byłoby zrozumieć przesłanie tej wizji jaką ma Ojciec Święty — ostatni wielki z duchowego rodu Jagiellonów — gdybyśmy żyli naszą tradycją i gdyby była ona naszym wyzwaniem, gdybyśmy chcieli pamiętać o osamotnieniu Polski w walce o naszą potęgę gospodarczą w Dwudziestoleciu i nasze osamotnienie we wrześniu 1939 roku. Jeśli my zarzucimy swoją przeszłość, tradycję, to utracimy swój fundament. W miejsce najświętszych wartości, nieobecnych już w innych narodach, nic tak naprawdę nie zyskamy. Dlatego temat tego spotkania "Tradycja - wyzwanie na przyszłość" nie jest jakimś wymysłem bez pokrycia. Myślę, że obecny kryzys jest przede wszystkim skutkiem przerwania ciągłości tradycji. I wyzwaniem dla polskiej klasy politycznej jest przywrócenie tego przekazu pokoleń. Poruszę tylko kilka z tych przerwanych ogniw łańcucha naszej spuścizny dziejowej. Miejscem przerwania tradycji jest nasza polska rodzina, przekazująca dawniej cześć i miłość do Boga, przywiązanie do wartości chrześcijańskich i ojczystej ziemi. To wyrażało się w haśle: Bóg, Honor, Ojczyzna. Wrogowie odkryli, że rodzina jest tym siedliskiem, z którego wychodzą politycy, którzy później stają na przywódcami i kapłani, którzy z czasem stają się biskupami. W rodzinę postanowili zatem uderzyć tak by pokoleniowy przekaz został przerwany. Rodzina stała się poletkiem doświadczalnym lewicy, która walcząc z Bogiem chciała ją podporządkować służbie partii i socjalistycznemu państwu. Dzisiaj liberałowie kontynuują przerwaną pracę tamtych ideologów ale inaczej atakują polską rodzinę. Oto nie musimy już służyć państwu. Zamiast jednak przywrócić w rodzinach należne miejsce Bogu, Honorowi i Ojczyźnie, liberałowie przedstawili nam inny cel życia: mamy służyć sobie samym. Rodzina ma się skupić na sobie, ma zamknąć się w sobie, ma obumrzeć. To służenie sobie w konsekwencji doprowadza do zaspakajania jedynie egoistycznych celów poszczególnych członków współczesnej rodziny, a powołanie i wyzwanie do dawania życia oraz wychowania dorastającego pokolenia zastąpił paniczny strachu przed cierpieniem i odpowiedzialnością. Mężczyzna ucieka przed rolą ojca i głowy rodziny, kobieta, zachęcona dezercją mężczyzny, ucieka w feminizm, a dzieci, nie włączone w proces życia rodzinnego, wysiłek wspólnej pracy i odpowiedzialności, wybierają prosty konsumpcjonizm mając do rodziców jedynie pretensję, że przyniesiona pensja nie pokrywa wszystkich potrzeb. Niewygodne stały się normalne rodziny wielodzietne. Najlepiej w ogóle nie mieć dzieci, a jeżeli już są, powinny być wychowywane bezstresowo i bez powinności.. Rodzice zaczynają służyć dziecku, starają się oszczędzić mu trudów i cierpień związanych ze służbą Bogu, wyznawaniem wiary i miłością do Ojczyzny. Instrumentami niszczącymi rodzinę są niestety bezbożne i postkomunistyczne szkolnictwo oraz zdeprawowane środki masowego przekazu. Tym bardziej przeraża coraz częstszy widok dzieci ślęczących przed telewizorem, który przecież nie wychowa ich do miłości. Ucieczka rodziców od odpowiedzialności to także chętne przyzwalanie na to by szkoła zamiast kształcić i przekazywać wiedzę coraz bardziej ingerowała w wychowanie dziecka. I tak rodzina polska jest zniszczona. Trzeba przyznać, że zaborcy uderzali w rodzinę polską nieumiejętnie, czasem nawet potrafili tę rodzinę przeciwko sobie zjednoczyć. Przez 123 lata polska rodzina potrafiła im się oprzeć i dlatego dziś zastosowano groźniejsze metody. Zaborca nie był tak bezbożny jak komuniści i nie atakował w tak podstępny sposób, jak to czynią liberałowie poprzez hasło: człowieku, najważniejsze, abyś sam sobie służył, wymysłem jest byś określał się wobec Boga, czy wobec Ojczyzny. Jeśli dzisiaj jest coraz więcej młodych ludzi, którzy nie potrafią kochać swego kraju, to dlatego właśnie, że przekaz pokoleń został przerwany. Rodzice w miejsce faktycznej wartości jaką jest służba Bogu, Kościołowi i Ojczyźnie, przekazali egoizm. Wyzwolone dziecko nie służy matce, ani ojcu. Nawet słowo "rodzice" kojarzy się przede wszystkim z niepotrzebnym obciążeniem. Brak właściwego przekazu symboli i wartości w rodzinie rzutuje także na nasze życie polityczne poprzez zatarcie tradycyjnego rozumienia rzeczy. Polityka, która dawniej była służbą, dziś jest jedynie jakąś scena, jest tylko miejscem jakiegoś spektaklu, a elity nie potrafią nawet określić swojego stosunku do powierzonego im państwa i władzy. Państwo jest aparatem, który został opanowany, zdobyty i właściwie nie wiadomo, co dalej z nim robić Politycy nie mają tradycyjnej koncepcji państwa i władzy! Dlaczego? Bo lewica dążyła do włączenia państwa w realizację rewolucyjnych planów, planów wszechświatowej rewolucji komunistycznej. Państwo zaczęło kojarzyć się z aparatem przemocy. Stało się państwem totalitarnym. Po okrągłym stole na ich miejsce przyszli liberałowie, którzy mówią: państwa powinno być jak najmniej, najlepiej jakby państwa w ogóle nie było. Człowiek ma być pozostawiony sam sobie bez krępujących powiązań z państwem i narodem, państwo ma minimalne obowiązki wobec obywateli a obywatel nie ma prawa żądać od państwa przestrzegania chrześcijańskich wartości. Dlaczego państwo ma się włączać w kwestię Stoczni Gdańskiej, jakiegoś polskiego rolnictwa, czy przemysłu? Przecież jest taka wspaniała teoria: jak najmniej państwa, nie wolno państwu ingerować. I tu znów, żeby uzmysłowić sobie tragedie takiego myślenia politycznego, musimy odwołać się do naszej tradycji, która pozwala nam na odrzucenie zarówno koncepcji socjalistyczne jak i liberalnej. Ona dopiero pomaga nam sprostać tym wyzwaniom przed jakimi stoimy. Bo czyż nie mamy pretensji do tych królów, którzy zaprzepaścili nasze dziejowe szanse, bo mając władzę nie chcieli jej użyć, byli słabi, nie dbali o skarb, zapominali o polskiej wsi i nie wzmacniali mieszczan. A o Stefanie Batorym znów mówimy, że nie był malowany, że to był przyzwoity król, potrafił działać, reformował Polskę. Mówię o tym ponieważ to król swą osobą przedstawiał państwo i skoro miewamy pretensje do poprzednich pokoleń, do poprzednich królów polskich, o zmarnowanie państwa, to znaczy, że tkwi w nas to tradycyjne rozumienie roli państwa i nie jest dla nas obojętne - tak jak nie było to obojętne dla losu królów - czy nasz skarb jest pełny, czy pusty. Wyobraźmy sobie, że ktoś z doradców królewskich powiedziałby Stefanowi Batoremu, który Gdańsk chciał poddać swej władzy, że nie może do tego użyć państwowego skarbu. Tu widać analogię do naszej dzisiejszej sytuacji. Dlaczego ten polski skarb, wypracowany przez tyle pokoleń, nie może być użyty właśnie dla wspomożenia Gdańska i stoczni, dla powiązania Gdańska z Polską, dla powiązania Polski z Gdańskiem? Czy mamy pretensje do królów lub książąt, którzy w majestacie swej władzy budowali kościoły i fundowali klasztory? Czy wręcz przeciwnie, uważamy że wypełniali przez to przesłanie cywilizacyjne? My katolicy nie możemy cieszyć się, że państwo jest słabe. Państwo ma przecież służyć Bogu i ci, którzy kierują państwem, ci, którzy przejmują tę Rzeczpospolitą po poprzednich pokoleniach, muszą wiedzieć, co i po co to przejęli. I dlatego od naszych posłów i senatorów, od naszego rządu chcielibyśmy oczekiwać, że uczestnicząc w sztafecie pokoleń, przejmując pałeczkę i biegnąc z nią zdają sobie sprawę, co mają przekazać następnym pokoleniom. My chcielibyśmy, żeby przywódcy przekazali kraj, w którym będzie nasze rolnictwo i przemysł, Stocznia Gdańska, w którym będzie nasza ziemia, nasza kultura, nasza wiara. Oczekujemy, że zaczną się nasi politycy odnajdywać w polskiej tradycji, że zaczną konfrontować swoją postawę z postawą polskich królów, z postawą wielkich senatorów, posłów Pierwszej i Drugiej Rzeczypospolitej. O nich niepojęte byłoby powiedzieć, że byli na szczycie władzy tylko po to, by na tym szczycie bezczynnie tkwić i zadawalać się teorią państwa minimum. Nawet w czasach świetności uważali, że jest co cywilizować, jest co ratować, jest co robić w zakresie oddanej im władzy. Wraz z Kościołem państwo było obecne przy budowie szkół, klasztorów, przy lokalizacji wsi lub miast. Państwo w dawnych czasach wraz z Kościołem chciało być odpowiedzialne za losy Narodu. To Królowa Jadwiga i jej poprzednicy, ale także i następcy rozwijali Uniwersytet Jagielloński. Nie robili tego z nudów, albo dlatego, że przyjęła się moda na takie działanie, lub że trzeba spełnić jakieś zewnętrzne wymogi obcych państw, ani też ze strachu przed niezadowoleniem poddanych i wobec groźby zaburzeń. Nie. Rzeczypospolita chciała mieć uniwersytety na ziemiach którymi władała. Królowie przyłączali kolejne ziemie do Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego bowiem mieli wizję przyszłości, która wiązała się dla nich z budowaniem cywilizacji łacińskiej na nowych obszarach . Jeśli król lub książę nadawał podbitą ziemię lojalnemu rycerzowi - a były to czasem setki kilometrów kwadratowych - to dlatego, iż uważał, że ta ziemia jest obca, nie jest włączona w krwioobieg władztwa i ktoś musi ją cywilizować na nowo. W tym procesie na nowo musi ją ktoś poddać Koronie i nie myślmy, że była to łatwa praca dla szlachty i możnowładców. Mówię o tym, żebyśmy mogli lepiej zdać sobie sprawę, że po 50 latach komunizmu mamy do czynienia z ziemią, z korpusem państwa i z aparatem władzy, które wprzęgnięte były w barbarzyńskie plany obcej ziemi, obcego państwa i wrogiej władzy. Stosowanie więc liberalnej doktryny jak najmniej państwa, jest absurdem. Już raz - w okresie saskim - zapłaciliśmy za myślenie o naszej nadzwyczajności, mówiąc sobie: jesteśmy takim narodem i wyjątkowym państwem, że nie musimy mieć silnych rządów i nie ważne jest, kto będzie bronił naszych granic. Nie musimy o to dbać, bo dba o nas Matka Boża i nic złego nie może nam się przytrafić. I to pseudokatolickie myślenie najbardziej zniszczyło Rzeczpospolitą Trojga Narodów. To na bazie tej filozofii pojawiło się powiedzenie hulaj dusza bez kontusza; bez kontusza, czyli bez tych ograniczeń tradycyjnej szlachty, szlachty kontuszowej, która wiedziała, jakie ma obowiązki wobec swojej ojczyzny. Inne powiedzenie z epoki saskiej mówiło: za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa. Wyrażało ono cyniczny stosunek do dziedziczonego majątku. A pomyślmy, o naszym majątku, z jakimi wyrzeczeniami był tworzony i w jakich warunkach, jak komuniści oszukiwali naszych ojców, naszych dziadów. Ten majątek został zdobyty przez naród jakby w dwójnasób, bo bez godziwej zapłaty. A teraz ktoś, korzystając z naszego ogołocenia i słabości może kupić rodzinne dobra za liche pieniądze, bez zgody Narodu, uzyskanej choćby za pośrednictwem referendum. Ten majątek, który nie podlegałby obowiązkowej reprywatyzacji, mógł w prosty sposób przejąć naród. W pierwszym palnie Balcerowicza tak rygorystycznie pilnowano przy pomocy tzw. "popiwku", aby pensje nie wzrastały. A wystarczyło by pracujący otrzymywali w dalszym ciągu swą skromną pensję ale zaciskając pasa, by w zamian, w ramach wynagrodzenia, otrzymali akcje swego przedsiębiorstwa. Inflacja by nie wzrosła, a Polacy byliby gospodarzami we własnym kraju. Do tego nie dopuścili i liberałowie i komuniści. Trzeba nam nawiązać do tradycji naszych ojców, powstrzymać erozję państwa i władzy, pamiętając czym już raz skończyło się w naszej historii bierne poddanie się rozwojowi wypadków przez te elity, które wyniesione do rządów, uwierzyły, że Polska nierządem stoi. Przerwanie łańcuchu tradycji dotyczy również stosunku Polaków do ziemi. Zniszczona jest miłość do ziemi, która kiedyś zmusiła Drzymałę do zamieszkania w wozie, byle tylko udowodnić, że ziemia jest jego i nikt mu nie jest w stanie jej zabrać, nawet król pruski. Socjaliści poradzili sobie z naszą miłością do ziemi, stłaczając ludzi w obrzydliwych "blokowiskach". Człowiek, który żyje kilkadziesiąt lat w małym mieszkaniu, przestaje rozumieć, jaki jest jego związek z ojczystą ziemią. A przecież jeszcze nie tak dawno do polskiej tradycji należało, nie wyzbywanie się ziemi, ponieważ stanowi ona o tym, czy zdołam się wyżywić i czy będę mógł się obronić. Polskie ziemiaństwo skazywało na ostracyzm osoby, które sprzedawały zaborcy swe majątki, a o polskich chłopach mówiono, że żywią i bronią. Dzisiaj na to miejsce wchodzi wyprzedaż i nikt nie odwołuje się - oczywiście poza Radiem "Maryja" - do Polskiej tradycji, jakby ona nie istniała. Co więcej, jeden z - co smutniejsze -prawicowych polityków w amerykańskim czasopiśmie "Foreign Affairs" powiedział (w wolnym tłumaczeniu), że tak jak Czesi pozbyli się problemu Słowacji, tak Polacy powinni pozbyć się wyeksploatowanego i zniszczonego terenu, jakim jest Śląsk. Nie podjęto wobec tej hańbiącej wypowiedzi, jakiejś kontrakcji, nie odbyła się żadna dyskusja, nikt nie powstał i nie powiedział, że ulubionym argumentem naszych zaborców było twierdzenie, że Polacy nie dają sobie rady z własną ziemią i nie potrafią być dobrymi gospodarzami. Przykłady dotyczące Śląska, Ziem Zachodnich, dzierżaw wieczystych są dowodem na wielką nieobecność w myśleniu polskich elit politycznych kategorii tradycji i historii. My katolicy mamy zupełnie inny stosunek do ojcowizny, do ziemi. Rodziny, które zostały przez komunistów wepchnięte w te wielkie "mrówkowce", utraciły miłość do ziemi i to jak jest ona ważna, jak cenne jej posiadanie i jaką chlubą jest jej obrona. Wyprzedaż polskiej ziemi stała się możliwa bo nie ma presji społecznej a urzędy, które powołane zostały dla ochrony naszej racji stanu zdegenerowały się i stoczyły się z majestatu służby publicznej do roli synekur. Wojewoda gdański, który zamierza sprzedać Niemcom fragment polskiego wybrzeża i tereny Stoczni Gdańskiej, nie jest nawet zwalniany z pracy. Czy praca nad odnowieniem w Polsce miłości do ojczystej ziemi nie jest godnym wyzwaniem i czy bez sprostania tej tradycji możemy mówić o jakiejś przyszłości w ogóle? Jak widać w powrocie do normalności, w tej ciężkiej i świadomej pracy nad tym powrotem do wielkości, nie obejdziemy się bez tradycji katolickiej. Wyzwania na przyszłość związane z udźwignięciem przez nasze pokolenie tradycji katolickiej to ostatni z problemów jaki chciałbym poruszyć. Na odcinku naszej wiary i wierności trwa wielka walka, w której nasi wrogowie robią wszystko by przerwać przekaz pokoleń niszcząc nasze przywiązanie do tradycyjnego katolickiego Kościoła. Robią to pod szyldem większej "tolerancji" i "otwartości". Zachowanie naszego stylu życia i naszego katolickiego spojrzenia na świat i na Stwórcę tego świata, zachowanie przekazu rzymskiej, łacińskiej cywilizacji, uważam za fundamentalne zadanie dla nas działaczy i polityków katolickich. Jeśli ten kręgosłup zostanie przetrącony runie cała reszta! Mówię o tym jak o rzeczy najważniejszej bowiem dość sceptycznie patrzę na to, co będzie się działo w polityce — wystarczy wspomnieć, że bilansu otwarcia po rządach komunistycznych ma dokonać Balcerowicz, a Suchocka zajmie się sprawiedliwością — uważam, że Polsce narzucony zostanie ten soc-liberalny styl rządzenia na wiele lat. Polska mając takie elity polityczne nie obroni się. Uważam jednak, że my nawet te najtrudniejsze czasy socjal-liberalizmu przetrwamy, ale tylko wtedy, gdy zachowamy nieskażoną wiarę katolicką. Jeśli zachowamy duchowość Prymasa Tysiąclecia. Prymas Tysiąclecia przeprowadził Kościół polski przez to spustoszenie, jakie dokonało się na Zachodzie. Bardzo rozsądnie wprowadził reformy Soboru Watykańskiego II, nie narażając Kościoła na takie "otwarcie", na nowinkarstwo, na jakim zależało masonerii i liberałom. Jako działacze katoliccy powinniśmy podejmować w tej chwili ten trud, by Polska weszła w III tysiąclecie, w zjednoczoną Europę i w ten okres socjal-liberalizmu z mocnym chrześcijaństwem, z mocnym katolicyzmem, a nie z katolicyzmem otwartym, pseudotolerancyjnym, pseudoekumenicznym. Stając w prawdzie i wiedząc, że przekaz pokoleń został przerwany, musimy odważnie stwierdzić, że kontynuowanie tego polskiego spektaklu politycznego, narodowego i religijnego w tym wykonaniu jakie jest nie wiedzie nas do zwycięstwa lecz do powolnej kapitulacji i wyniszczenia. Mając tego świadomość, musimy zacząć leczyć nasze rodziny, zmieniając naszą w nich rolę. Jako ojciec, muszę zdać sobie sprawę, co znaczy być mężem i ojcem, co znaczy być głową rodziny. Żadnego pseudopartnerstwa! Kobieta zaś musi świadomie podjąć trud bycia sercem rodziny, i matki, która ma prawo wychowywać, ma prawo żądać szacunku od swoich dzieci. Rodzice muszą uzmysłowić sobie, że mieć dzieci, to znaczy przekazywać im tę pałeczkę pokoleń, że rodzina nie jest miejscem do przeprowadzania eksperymentów psychologicznych, nie jest miejsce spontanicznego i bezstresowego poddawania się temu, co przynosi świat zewnętrzny, ale miejscem, w którym ja-ojciec mam wykuć charakter moich synów i moich córek. W tym nie pomoże mi szkoła, a już na pewno nie telewizja. Niech nasze rodziny przestaną przyglądać się otaczającej rzeczywistości, i zaczną na nią wpływać zamiast się jej poddawać. Zmiana na lepsze nastąpi też w życiu publicznym, gdy nasi działacze przestaną udawać polityków i zamiast przyglądać się zdarzeniom sami zaczną aktywnie w nich uczestniczyć i na wydarzenia wpływać zamiast im się jedynie poddawać. Jeśli nie będą ograniczać swych działań do komentarzy i krytyki poczynań przeciwnika, a sami wreszcie swym tempem pracy zmuszą go do roli politycznego widza. Trzeba odrzucić łatwe teorie socjalistyczne i liberalne, uwierzyć w swoją misję kierowania państwem tak, aby budowana była cywilizacja chrześcijańska, by państwo poddane było Bogu, tak jak i wszystkie inne rzeczy tworzone przez człowieka. Jeśli zmieni się ten stosunek do rodziny, państwa, władzy i ziemi to wtedy pojawi się szansa, że pójdziemy we właściwym kierunku. Przede wszystkim jednak musimy zmienić swój stosunek do wiary. My - jak chciał tego Święty Pius X Papież - musimy być obecni w życiu. Patrzenie w przyszłość w wersji Kwaśniewskiego i Unii Wolności polega m.in. na ciągłym eksperymentowaniu, permanentnej rewolucji. My zaś patrzmy na naszą rodzinę, na ziemię, na naszą wiarę jako na coś zadanego nam przez poprzednie pokolenia. Na koniec powinniśmy szczerze sobie powiedzieć coś bardzo ważnego i mało przyjemnego, to mianowicie, że kryzys nasz polega nie na tym, że Polska ma wrogów, ale że my śpimy. Użalanie się na wrogów jest jałowe i mało odkrywcze, nie mówi też niczego o nas samych, o politykach i działaczach katolickich. Trzeba krzyczeć, że jesteśmy w jakimś letargu. Potrzeba nam ks. Piotra Skargi, który nami potrząśnie. Dla nas tym współczesnym Skargą jest O. Tadeusz Rydzyk, dyrektor Radia "Maryja". Na koniec chciałbym wymienić metody stosowane przez naszych wrogów. Znamy je dobrze, stwierdziliśmy ich przewrotność i znaczną skuteczność. Oto one:
Pragnę w dniu poświęconym Najświętszemu Sakramentowi podać charakterystyczny przykład. Otóż, jeden z teologów uczestniczący w Kongresie Eucharystycznym, po zapoznaniu się z polską duchowością, z naszą czcią oddawaną Najświętszemu Sakramentowi, powiedział w telewizji: nie, taka Polska i taki Kościół nie mogą wejść w III tysiąclecie; to jest zaścianek, to trzeba zmienić. To jest sygnał z Europy, że nasi teologowie, nasi kapłani, nasi biskupi mają oto teraz zacząć zastanawiać się, jak złamać nasz kult do Najświętszego Sakramentu, żebyśmy wreszcie pasowali do Europy. Ich drażni to, że klęczymy przed Najświętszym Sakramentem. Jak możemy klęczeć; przecież człowiek jest istotą wolną, równą i bratnią Bogu, . Walka z naszym jak to określają: "fundamentalizmem, fanatyzmem i nietolerancją" jest metodą stosowaną przez masonerię. Takie są metody i cele nieprzyjaciół Boga i Ojczyzny naszej. Musimy się im przeciwstawić, ale nie na gruncie ich liberalnej, czy lewicowej doktryny. Nie zgadzam się na kapitulanckie stwierdzenie: Przynajmniej pozwólcie Kościołowi też powiedzieć swoje skoro przecież wyznajecie tolerancje i sami głosicie otwarcie swoje teorie. Nie możemy się na to zgodzić. Nie możemy pozwolić, żeby fałsz i prawda miały równe prawa. Jest jedna Prawda, Prawda Objawiona. Nie narodziła się w moim sercu czy umyśle, ale objawił ją Chrystus. Bardzo często ta Prawda jest niewygodna, Prawda, za którą my Go ukrzyżowaliśmy. Gdyby religia katolicka miała być tą, która narodziła się w sercach czy umysłach ludzkich, to nie byłoby problemu z Chrystusem, nie zostałby On ukrzyżowany. Ta konfrontacja z prawdziwą tradycja katolicką jest dla polityków i działaczy katolickich wielkim wyzwaniem na przyszłość. Zrozumienie przekazu religijnego jest niezmiernie ważne. Kim jesteśmy my katolicy, sól ziemi i dlaczego katolicyzm zdecydowanie był i jest inny na tle nawet wyznań chrześcijańskich. Czym sobie zasłużył na taką wrogość nowożytnego świata, w czym przeszkadzał temu światu, który dogadał się już ze wszystkimi z wyjątkiem nas. A może my już tego nie widzimy? Tym bardziej jest to wyzwanie dla nas — pojąć katolicyzm w tej dobie, w której modne staje się bazowanie nie na nauce Kościoła, lecz na własnych doznaniach, dobrej woli i tym co się rodzi w sercu. W ten sposób to co jest łatwe i przyjemne a co nam się tylko wydaje, że jest dobre, bo zrodzone w dobrej wierze a czego nie konfrontujemy z tradycją katolicką, wypiera w życiu rodzinnym, społecznym i politycznym wymagania, które są trudne. Jednak poprzednie pokolenia sprostały tym wymogom katolicyzmu i to one są dla nas tą poprzeczką, którą warto pokonać. Na zakończenie chciałbym jeszcze raz powtórzyć, co nas zgubiło: kiedyś uwierzyliśmy w naszą wyjątkowość i w to, że nie musimy bronić się przed wrogiem, bo Polska nierządem stoi, czyli trwa mimo braku rządów silnej monarchii. I, niestety, skończyło to się rzeczywistym nierządem. Wystarczyło jedno pokolenie, by roztrwonić dorobek Piastów, Jagiellonów i Rzeczpospolitej Trojga Narodów. A ile pokoleń trzeba było, żeby odzyskać wolność? Pomyślmy o naszej roli w tym ciągu pokoleń, że mamy zadania do wykonania, których nikt za nas nie wykona. Zadania te, świadomie i bez liczenia na to, że jakoś tam będzie, muszą podjąć nasi politycy, nasi działacze katoliccy, nasi księża i my sami. Jeśli my nie podejmiemy tego przekazu pokoleń, tej nauki z naszej historii, nie będzie Polski. I za nasze tchórzostwo, za naszą nieobecność, przyszłe pokolenia zapłacą krwią. Tak było zawsze w naszej historii, że za tchórzostwo jednego pokolenia następne płaciło własną krwią. Wielką nadzieją jest to, że mamy takich biskupów, jak Jego Ekscelencja Ksiądz Biskup Frankowski; wielką nadzieją jest to, że Matka Boża zechciała dać nam Radio "Maryja", że zbliżają się wybory samorządowe, gdzie - jak mam nadzieję - reprezentanci narodowo-katoliccy będą mogli już pod własnymi sztandarami pójść do wyborów. Myślę, że nasze zadanie polega teraz na usilnym zabieganiu, aby wybrani zostali ci ludzie, którzy zechcą walczyć o cywilizację chrześcijańską i nie zadowolą się ciepłą posadką lub przekładaniem na swoim ważnym biurku papierów z jednego miejsca na drugie. Dziękuję bardzo. Szczęść Boże. Marcin Dybowski |
Powrót
© by VERBUM TRADITIONIS - Magazyn Tradycji Katolickiej